skip to main | skip to sidebar

Pages

  • Strona główna

kulinarne czary Mary

Dżem z marchewki

14:23 | Publish by Mara

Szał na dynie trwa. Ciasto z dyni, chleb dyniowy, placuszki z dyni, zupy krem i tak dalej i tak dalej. Nie wiem czy to ze względu na to, że dynia staje się coraz bardziej dostępna w sklepach czy też dlatego, że kojarzy się z jesienną aurą, Halloween i tym podobne. A ja na przekór, też na pomarańczowo ale zupełnie z innego warzywa, to znaczy: marchwi. Jeśli myślisz, że już zrobiłeś/aś wszelkie możliwe dżemy w tym sezonie, to się mylisz. Nie masz jeszcze marchwiowego! Nie tylko smak jest pyszny, ale jego kolor jest zjawiskowy (ja już tylko myślę o tym jak by tu nim przyozdobić jakiś wypiek). W tym roku zrobiłyśmy go po raz pierwszy z mamą eksperymentalnie i uważam, że to hit kulinarny :)

Biegnij po słoiki, rób miejsce na półce z przetworami w twojej spiżarni i przygotuj :
- 1 kg marchwi
- 0,5 kg cukru
- 3 cytryny
- 1 pomarańczę


1. Myjemy marchew, obieramy ją i kroimy w grubą kostkę. Gotujemy w wodzie tak długo, aż zmięknie.
2. Marchew odcedzamy i miksujemy blenderem. 
3. Wsypujemy cukier do drugiego garnka i wlewamy do niego 1,5 szklanki wody. Zagotowujemy wodę i co jakiś czas mieszamy. 
4. Następnie ścieramy na tarce skórkę z cytryn i pomarańczy prosto do garnka z wodą i cukrem. Gotujemy tak długo, aż powstanie gęsty syrop. 
5. Do syropu dodajemy marchew oraz wyciskamy sok z cytryn i pomarańczy. Gotujemy jeszcze przez około pół godziny.
6. Gorący dżem wkładamy do słoiczków. Słoiki nie wymagają już pasteryzacji.


dynie vs marchew


Zdjęcia wykonał mój brat, za co mu serdecznie dziękuję :)

Etykiety: dżem z marchewki, marchew 0 komentarze

Szarlotka

09:22 | Publish by Mara

Dzisiaj przepis na ciasto w sam raz na jesienne dni, kiedy chce się coś słodkiego. Przepis jest sprawdzony wielokrotnie, nie ma opcji żeby coś się nie udało. Szarlotka najlepiej smakuje podana na ciepło. Jeśli ktoś woli wersję bardziej bogatą, można ubić śmietanę kremówkę lub położyć obok gałkę lodów waniliowych. Obowiązkowo do tego kawa :) I mówię wam, taka szarlotka ma pod sobą wszelkie kupne ciasta z cukierni. Unoszący się zapach w domu pieczonego ciasta, jabłek i cynamonu jest obłędny.


Składniki, które będą ci potrzebne:
- ok. 10-15 jabłek średniej wielkości
- opakowanie rodzynek
- pół szklanki cukru
- cynamon
- 1 cukier wanilinowy

ciasto:
- 250g mąki pszennej
- 125 g tłuszczu do pieczenia np. Kasia
- 1 żółtko
- pół szklanki cukru
- 1 duża łyżka śmietany
- 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia

Ciasto wystarczy na okrągłą blachę lub mniejszą kwadratową. Jeśli jednak macie gości lub dużą rodzinę to proponuję podwoić ilość, żeby mieć większą blachę ciasta.

1. Na stolnicę lub do miski wysypujemy mąkę. Dodajemy posiekaną margarynę, łyżkę śmietany, łyżeczkę proszku do pieczenia, pół szklanki cukru i żółtko. Szybko zagniatamy i wkładamy do lodówki, aby się schłodziło. Jeśli chcesz zrobić większą blachę to powtórz operację i jeszcze raz zagnieć drugą porcję ciasta. Nie przerażaj się, że dwa razy trzeba robić to samo bo nie zajmuje to dłużej niż 4 minuty.
2. Obieramy jabłka ze skóry. Trzemy je na tarce na płaskie talarki do miski.
3. Nagrzewamy piekarnik do 150 stopni. Blachę smarujemy tłuszczem i wykładamy na nią 1 porcję ciasta. Ciasto można rozwałkować i przenieść na blachę lub rozłożyć je równomiernie rękoma :) Jeśli robisz mniejszą blachę (wariant I) wyłóż 2/3 ciasta na blachę, a resztę zostaw w lodówce bo przyda się później do zrobienia kruszonki.
4. Na ciasto układamy warstwami starte plastry jabłka. Kładziemy jedną warstwę, zasypujemy cynamonem, cukrem, cukrem wanilinowym i sypiemy trochę rodzynek. Na to kładziemy kolejne jabłka i znów je zasypujemy. Powinno wyjść ok. 3 warstwy jabłek. Ja daję bardzo dużo cynamonu i rodzynek ale jest to kwestia gustu :)
5. Wyjmujemy pozostałą 1/3 ciasta (wariant I) lub drugą kulę ciasta (wariant II) z lodówki i trzemy na średnich oczkach na tarce prosto na jabłka. Dzięki temu uzyskamy efekt kruszonki.
6. I tak przygotowane ciasto ląduje do piekarnika na ok. 50 minut. Podnosimy temperaturę do 180 stopni i pilnujemy, by się ładnie zarumieniło na brązowo, a nie spaliło.



Nie musisz czekać aż wystygnie bo najlepsze jest jeszcze gorące!

Etykiety: jabłecznik, placek z jabłkami, rodzynki, szarlotka 0 komentarze

Placki po mojemu

14:13 | Publish by Mara

Placki ziemniaczane. Od dziecka ich nie lubiłam. Kilka lat temu dopiero zaczęłam się z nimi oswajać, lejąc na nie duże ilości ketchupu. Mimo to samo danie jakoś nie powala mnie do dziś. Postanowiłam w te wakacje spróbować zrobić je na jakiś sposób, tak jak to widzimy w menu różnych restauracji. Nazw jest mnóstwo: po węgiersku, po cygańsku, po zbójnicku, po góralsku itd. Przeglądałam długo przepisy w internecie ale żaden nie przekonał mnie w 100%. Postanowiłam pójść na żywioł i skomponować ten sos do placków po swojemu - stąd tytuł notki, z powodu braku lepszej nazwy na podorędziu. Wyszło bombowo. Dodatkowo gotowanie było mega frajdą bo miałam najlepszego asystenta na świecie, który jak nikt zna się na tarciu ziemniaków :)

Jeśli skusisz się na te placki, musisz mieć najpierw pod ręką:
- ok. 40 dag mięsa wieprzowego (porcja gulaszowa) lub szynki wieprzowej
- ok. 30 dag pieczarek
- pęczek młodej marchwi
- puszka kukurydzy
- koncentrat pomidorowy lub świeże pomidory
- mąka pszenna
- 2 cebule
- 2 ząbki czosnku
- kilka ziemniaków
-  2 małe jajka lub 1 duże
- przyprawy: liść laurowy, ziele angielskie, papryka słodka, papryka ostra, chilli
- olej

1. Mięso najpierw dokładnie myjemy, odcinamy wszelkie żyłki itp. i kroimy na małe kawałki, obtaczamy delikatnie w mące i wrzucamy na głęboką patelnię z rozgrzanym już olejem. Mięso smażymy z obu stron po kilka minut. Kiedy już mięso się delikatnie zarumieni, zalewamy je wodą (ok. 1 szklanka). I dusimy je cały czas na małym ogniu.
2. W międzyczasie kroimy cebulę w kostkę i dorzucamy ją do mięsa i gotujemy cały czas. Umyte pieczarki kroimy na 3-4 części i wrzucamy je do mięsa. Następnie obieramy marchew i kroimy ją w talarki i dorzucamy na patelnię. Wrzucamy jeszcze 2 liście laurowe, 3-5 ziaren ziela angielskiego i wszystko cały czas dusimy najlepiej pod przykryciem, na małym ogniu.
3. Gdy marchewka, pieczarki i cebula zmiękną, dodajemy 2-3 łyżki koncentratu pomidorowego. Wsypujemy puszkę kukurydzy po uprzednim odsączeniu. A na koniec przyprawiamy tak, żeby wyszedł nam prawdziwy aromatyczny gulasz. Ja dodałam po dużej szczypcie papryki słodkiej, ostrej i chilli oraz czosnek, świeżą bazylię i sól. Na koniec stwierdziłam, że jest już tak bardzo ostre, że nie ma potrzeby wsypywać pieprzu. Po doprawieniu chwilę jeszcze gotujemy i wyłączamy kuchenkę. Bardzo możliwe, że sos będzie zbyt gęsty, wtedy najlepiej co jakiś czas podlewać go trochę wodą.
4. Kiedy nasz gulasz jest już gotowy, możemy smażyć placki. Dla przypomnienia szybka instrukcja jak się robi placki ziemniaczane: do startych ziemniaków dodajemy 2 małe jajka lub jedno duże, ok. 3 łyżki mąki, sól i szczyptę pieprzu. Na koniec ścieramy do tego jedną cebulę. Jeśli masz w domu śmietanę, warto dodać jedną łyżkę. Mieszamy i na koniec odsączamy wodę, którą puściły ziemniaki.
5. Placki smażymy z obu stron na bardzo mocno rozgrzanym oleju. Najlepiej usmażyć po jednym dużym dla każdej osoby. Ważne, żeby nie były zbyt grube, ponieważ sos jest bardzo sycący, no i nie będzie ryzyka z zakalcem.
6. Placek polewamy naszym gulaszem. No i jak to mówi mój asystent, maślaneczka do tego jest obowiązkowa ;)



Smacznego :)



Etykiety: gulasz, kukurydza, marchew, mięso wieprzowe, pieczarki, placki po cygańsku, placki po węgiersku, placki ziemniaczane 0 komentarze

Pieczarkowe love

07:22 | Publish by Mara

Witajcie po bardzo, bardzo długiej przerwie wakacyjnej. Był czas na odpoczynek a teraz wracam z nowymi przepisami. Zdjęć potraw, deserów ale także różnej maści koktajlów, drinków uzbierało się już tyle, że nie wiem nawet od czego zacząć. Szkoda, że nie jestem typem osoby, która potrafiłaby skrupulatnie dodawać notki co kilka dni. No nic, może kiedyś jeszcze mi się uda wyrobić pewną ciągłość bloga. Póki co cieszę się, że ciągle gotuję nowe rzeczy, a one smakują moim bliskim. Cieszy też, że mam wokół siebie ludzi, którzy lubią robić zdjęcia i zawsze chętnie mi pomogą obfotografować jedzenie zanim zniknie z talerzy. Moja kuchnia jest naprawdę prosta, nie znajdziesz tu wielkich kombinacji - tak będzie też i z tym daniem. Jest to bardzo łatwy przepis, składający się z niewielkiej ilości składników, które spontanicznie ze sobą połączyłam. Jako, że wyszło naprawdę pysznie - dodaję. W końcu prostoty w kuchni nigdy za wiele :)

Przeszukaj lodówkę, a jeśli trzeba leć do sklepu, by uzupełnić zapasy ponieważ potrzebujesz:
- makaron (ja użyłam farfalle ale różne gatunki się sprawdzą np. tagliatelle)
- ok. 0,5 kg ładnych, dużych pieczarek
- 2 piersi z kurczaka
- 1 cebula
- świeże zioła: tymianek, bazylia
- 2 ząbki czosnku
- mały kubek śmietany 30%
- przyprawy: pieprz, sól, liść laurowy, ziele angielskie, pieprz ziołowy
- trochę oleju lub oliwy



1. Pierś pokrój na małe kawałki i podsmaż na rozgrzanym oleju. Obierz i pokrój pieczarki na grubsze kawałki. Wrzuć je na patelnię z kurczakiem. Pokrój cebulę w kostkę i dodaj ją do pozostałych składników.
2. Dorzuć ziele angielskie, liść laurowy, wyciśnięty czosnek przez praskę.
3. W międzyczasie gotuj makaron. 
4. Kiedy już pieczarki zmiękną a cebula się zeszkli (trwa to mniej więcej 15-20 minut), wlej kubek śmietany, chwilę gotuj na małym ogniu i na koniec zaszalej z ziołami. Wszystko dozwolone. Ja dodałam świeży tymianek i bazylię, pieprz, sól i pieprz ziołowy ale ty możesz to zrobić zupełnie inaczej, tak jak lubisz. Jeśli sos zrobi się zbyt gęsty, możesz dolać trochę wody.
5.  Na makaron nałóż sos i delektuj się małym pieczarkowym niebem. 


Etykiety: kurczak, makaron, makaron z kurczakiem, makaron z pieczarkami, pieczarki, tagliatelle z pieczarkami 0 komentarze

Calzone XL

11:26 | Publish by Mara

Hej! To nie tajemnica, że kuchnię włoską uwielbiam od zawsze. Najbardziej dzięki temu, że jest w niej dużo pomidorów i aromatycznych ziół. Dzisiaj dla odmiany calzone. Danie niby podobne do pizzy ale jednak zupełnie inne no i wygląd bardzo oryginalny. Nauczyłam się je robić pracując w pizzerii dawno temu. Tam podawaliśmy tylko mini-calzone ale ja dzisiaj spróbowałam zrobić większe. Był to strzał w dziesiątkę i muszę przyznać, że smakuje mi nawet bardziej niż domowa pizza. Jednak jeśli macie chęć możecie stworzyć zamiast dużych właśnie takie małe calzonki, które będą świetną przekąską na imprezę czy jakieś przyjęcie.

Do zrobienia "calzonek" potrzebujemy:
- 400 g mąki
- 250 ml wody
- 30 g drożdży
- oliwę
- łyżeczkę cukru
- sól i pieprz
- przyprawy: bazylia, oregano/ zioła prowansalskie/ gotową przyprawę do pizzy
- salami
- ser
- 1 cebulę
- zielone oliwki
- czosnek
- ocet balsamiczny
- puszkę pomidorów bez skórki (Polecam z firmy Dawtona)

1.W naczyniu mieszamy ciepłą wodę z drożdżami i cukrem. Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy do niej zaczyn. Zagniatamy. Na koniec dodajemy 2 łyżki oliwy i łyżeczkę soli i znów zagniatamy. Ciasto zostawiamy w misce pod przykryciem, by trochę urosło. A w tym czasie możemy zabrać się za inne składniki.
2. Pomidory wylewamy na patelnię. Dodajemy do nich czosnek, bazylię, sól, pieprz i ok. 1 łyżkę octu balsamicznego. Redukujemy sos. Kiedy będzie już gęsty, zdejmujemy z ognia.
3. Na osobnej patelni podsmażamy cebulę pokrojoną w pióra.
4. Ciasto dzielimy na 4 części (z takiej ilości ciasta wyjdą 4 dosyć duże "calzonki" ale można zrobić mniejsze i wtedy wyjdzie nam ich około 6 sztuk). Podsypujemy blat/stolnicę mąką, wałkujemy i formujemy okrągły placek.
5. Cały placek smarujemy sosem zostawiając brzegi ok 2-3 cm. Resztę składników rozkładamy tylko na połowie ciasta. Kładziemy salami, cebulę, oliwki i ser. Posypujemy jeszcze ziołami, pieprzem - każdy doprawia tak jak lubi ;) Składamy placek na pół i zagniatamy starannie brzegi podobnie jak pierogi.
6. Na koniec Smarujemy górną warstwę Calzone oliwą i sypiemy na nią zioła. Wykładamy na blaszkę i pieczemy maksymalnie 20 minut w temp. 210 stopni. Calzone powinno być zarumienione ale nie spalone, dlatego najlepiej co jakiś czas je doglądać.





Etykiety: calzone, calzonki, pizza pieróg 0 komentarze

Rzecz o eksperymentach (część II)

11:03 | Publish by Mara

Tak jak obiecywałam, oto i druga część o eksperymentach kulinarnych, a żeby było ciekawiej trochę więcej zdjęć :) Dziś na tapecie - Sushi. Mój pierwszy raz z sushi był no cóż.. nie w Japonii ale na Ukrainie, a dokładniej we Lwowie. Razem z całą ekipą wybraliśmy się tam we wrześniu w 2009 roku. Z tej wyprawy mam same dobre wspomnienia. Działo się dużo. Przez 6 dni zwiedzaliśmy, szwędaliśmy się uliczkami Lwowa, mieliśmy okazję wiele zobaczyć ale też i posmakować. Pewnego dnia, chłopaki postanowili się odłączyć, a my z Anią wybrałyśmy się na babski wieczór do restauracji sushi. Dzięki baardzo korzystnemu przelicznikowi Złotego na Hrywny, mogłyśmy przekonać się jak smakuje to, czym zachwycają się bogaci ludzie na świecie ;) Co prawda, byłyśmy tam dosyć niecodziennym widokiem. Tylko my i sami biznesmeni w garniturach wokół ale bawiłyśmy się świetnie. Na moment naprawdę znalazłyśmy się w nowoczesnej Japonii. Guziki elektroniczne na blatach by przywołać kelnerkę, kelnerki z tabletami (wówczas widziałam je po raz pierwszy w życiu), gorące, mokre ręczniczki do wycierania rąk. Z zamawianiem było dosyć dużo zachodu - całe menu napisane cyrylicą. Całe szczęście, że Ania jest urodzoną poliglotką i włada językiem rosyjskim :)  W tym miejscu wypada także wspomnieć, że Ania z zamiłowania jest również filmoznawcą - Aniawkinie. Zamówione sushi z węgorzem okazało się małym niebem w gębie. Potem skusiłyśmy chłopaków i wybraliśmy się jeszcze raz całą ekipą.


Po kilku latach, o sushi przypomniała mi Monika - bratowa mojego lubego, autorka bloga Szulinkowo, która przyrządziła je sama w domu i narobiła mi "smaka". Pomyślałam, że może warto spróbować. Nie wyjdzie idealnie ale co tam.. :)  Poczytałam trochę w Internecie, podpatrzyłam filmiki na YouTube no i przemierzyłam Bydgoszcz w poszukiwaniu składników. Odnalazłam wszystko w Realu. Kupiłam matę bambusową do zwijania, ryż do sushi, wodorosty Nori, sezam, ocet ryżowy, sos sojowy i wasabi. Do środka możemy dać przeróżne rzeczy - ryby, paluszki krabowe lub warzywa. Ja postawiłam na surowego łososia, paluszki krabowe i ogórek. Wyszło bardzo fajnie. Przede wszystkim świetna zabawa z przygotowywaniem. Fakt, że trzeba nabrać wprawy wcale mnie nie zniechęcił :) Jak widać na zdjęciu kawałki pocięłam różnej wielkości, by móc później ocenić jaka wielkość jest najbardziej optymalna. Nie chciałabym wymądrzać się jak przygotować sushi bo jestem amatorką w tym temacie. Opiszę tylko pokrótce jak wygląda proces przygotowywania. Jeśli macie chęć zrobić je sami w domu, warto zagłębić się w profesjonalne poradniki.

1. Ryż opłukujemy dokładnie na sicie. Wyczytałam, że robimy to ok. 7 razy. Inne źródła mówią, że robimy to po prostu tak długo aż woda, którą przepłukujemy ryż będzie już przezroczysta.
2. Ryż gotujemy 15 minut, pod przykryciem. Co ciekawe zalewamy je taką ilością wody, by przykryła tylko ryż w garnku. Co jakiś czas mieszamy.
3. Ryż pozostawiamy pod przykryciem. Czekamy aż ostygnie.
4. W garnku na niewielkim ogniu rozpuszczamy w occie ryżowym cukier i sól.  Zalewę dodajemy do ryżu.
5. Na macie bambusowej kładziemy jeden płat Nori. Przygotowujemy miskę z wodą, by moczyć palce w wodzie. Układamy równomiernie za pomocą zwilżonych palców ryż na wodoroście zostawiając centymetrowe odstępy przy brzegach Nori. Na środku robimy wgłębienie. Smarujemy je delikatnie małą ilością wasabi.
6. Teraz już robimy, co nam się tylko zamarzy. Ja sypałam sezam. Na to kładłam pocięty w słupki ogórek, kawałeczki łososia lub paluszki surimi.
7. I na koniec jak dla mnie najtrudniejsza część - zawijanie :) Zwilżamy wodą końcówkę wodorostu no i zawijamy za pomocą maty. Na koniec starannie trzeba docisnąć. Przekładamy rulon na deskę i kroimy na kawałki nożem bez ząbków.
8. Obok sushi podajemy miseczkę z japońskim chrzanem - wasabi oraz z sosem sojowym.

 

Kochani, na koniec chciałabym Wam życzyć z okazji Walentynek spędzenia fajnego wieczoru z ukochaną osobą, a może i nawet zjedzenia z nią wspólnie pysznej kolacji. A tym, którzy jeszcze nie mają swojej drugiej połówki - życzę szybkiego odnalezienia :)

Do usłyszenia, a raczej do przeczytania!

Etykiety: łosoś, paluszki krabowe, ryż, sushi 2 komentarze

Rzecz o eksperymentach (część I)

08:56 | Publish by Mara

Witajcie :) Dzisiaj trochę o tym, że czasami warto pokombinować i odważyć się na coś nowego. W ostatnim poście na zdjęciu obok tarty stała karafka z winem. Jak wspomniałam, wino jest zrobione przeze mnie i moich bliskich. Przez kilka lat we wrześniu i październiku byliśmy dosłownie katowani tym, żeby jeść winogrona. Rozdawaliśmy je w szkołach, w pracy. Ale i tak kończyło się to kilogramami zmarnowanych owoców. Na domiar złego, cholerstwo to rozrasta się z roku na rok - z krzewu zrobiła się plantacja. Wydawałoby się - niewdzięczny owoc - ni to do ciasta, ni to do deseru, ni to do dżemu. Co z tym zrobić? Odpowiedź w tym roku przyszła nagłym olśnieniem - WINO !!! Tak więc po podpowiedziach wujka Google, a także wskazówkach babci i jej koleżanek zabraliśmy się do roboty. Oto krótka fotorelacja:

Winobranie odbyło się 23 września. Było ciepło ale strasznie wiało. Mimo to daliśmy radę :)

 



Po miesiącach leżakowania, dokarmiania cukrem, owoce zostały wyjęte. Natomiast wino zostało sklarowane białkiem z jajek (stary, sprawdzony sposób babć).

 
Pierwsze testowanie odbyło się w grudniu. Efekt zwalił nas z nóg. I to dosłownie ;)


Dziś możemy "pomęczyć" znajomych i rodzinę lampką wina, nie tylko winogronami prosto z krzaczka :)

Już niebawem część II...

Etykiety: wino, winobranie, winogrona 2 komentarze

Babskie danie

12:07 | Publish by Mara

Hej hej. Witam po dłuugiej przerwie, a także korzystając z okazji, życzę wszystkim odwiedzającym bloga - owocnego, dobrego roku pełnego miłości, przyjaźni, odważnych decyzji, osiągania zamierzonych celów no i przede wszystkim zdrowia bo jest ono kropką nad i, bazą startową do wszystkiego. Ten rok zaczyna się dość dobrze. Wymarzyłam sobie pracę w fajnej knajpce i proszę - mam :) Co prawda, trzeba było trochę czekać ale warto było. Bistro, w którym pracuję otworzyło się niedawno na jednej z bardziej znanych ulic w Bydgoszczy. Nazwa "By The Way" nawiązuje do tego, by wstąpić po drodze i zjeść smacznie, szybko oraz w miłej atmosferze. Stylizacja lokalu wzorowana jest na restauracjach fast food w Ameryce - czerwone skórzane kanapy, stoliki na jednej nóżce, kwadratowe pudełka na serwetki, wiszące lampy w groszki, czerwone zasłonki, neon na szybie. Na ścianach mnóstwo ciekawostek - zdjęcia, stare reklamy marek takich jak Coca-Cola, są też i kultowe postacie jak np. Elvis Presley, Marylin Monroe czy Audrey Hepburn. To tak w skrócie. Już niebawem postaram się wrzucić jakieś fotki.
Na dziś przepis na danie, niekoniecznie dla mężczyzn (Boże, czy oni zawsze muszą być tacy mięsożerni?!). W sam raz na jakiś babski wieczór. W dodatku jest błyskawiczne do zrobienia. Po raz pierwszy posłużyłam się gotowym ciastem francuskim bo nie miałam czasu zrobić kruchego ciasta. Efekt przerósł moje oczekiwania :) Tak więc śmiało - bądźcie leniwcami! To takie miłe - nie narobić się, a ugotować coś pysznego :)

Do zrobienia szybkiej tarty potrzebujemy:

- jedno opakowanie francuskiego ciasta (polecam to z Biedronki, kosztuje ok. 3 zł)
- jedna paczka z mrożonym szpinakiem lub świeży szpinak
- 3,4 ząbki czosnku
- 1 cebula
- 4,5 jajek
- ok. 150 g sera żółtego
- ok. 150-200 ml śmietanki płynnej 30% lub 18%
- pieprz, sól, zioła prowansalskie, gałka muszkatałowa

Do sosu czosnkowego potrzebujemy: duży jogurt naturalny lub typu greckiego, 3 łyżki majonezu, 3 ząbki czosnku, przyprawy.


Na zdjęciu w karafce półsłodkie wino naszej domowej roboty. Winogrona zbierałam ja z Miłoszem we wrześniu. Natomiast produkcją zajęła się moja mama. W grudniu była jego premiera. Jest naprawdę pyszne!

1.  Naczynie do tarty smarujemy tłuszczem. Rozwijamy płat z ciastem francuskim i kładziemy je na formę. Odkrawamy kawałki, które odstają i kładziemy je w te miejsca naczynia, które nie są jeszcze pokryte ciastem. Tutaj troszkę zabawy "logistycznej" ale nie jest źle :)
2. Kroimy cebulę, podsmażamy ją na patelni. Do usmażonej cebulki dodajemy szpinak. Szpinak doprawiamy solą, pieprzem i dużą ilością czosnku. 
3. Gotowy szpinak wykładamy równomiernie na ciasto.
4. Do miski wbijamy 4,5 jajek. Do jajek dolewamy śmietanki (jeśli chcesz wersję bardziej dietetyczą to warto zastąpić słodką śmietanę mlekiem). Doprawiamy solą, pieprzem, ziołami i gałką muszkatałową. Rozmącamy na jednolitą masę. Wylewamy ją na szpinak. 
5. Przygotowaną kompozycję wsadzamy do piekarnika nagrzanego do 200 C. Pieczemy ok 20-25 minut. Kiedy masa jajeczna zetnie się, wyjmujemy na chwilę tartę i posypujemy wierzch startym serem. Wsadzamy jeszcze tartę na ok 10 minut, by rozpuścił się ser. I gotowe :)

Mój Gwiazdor był w tym roku tak kochany, że pomyślał także o moich "Kulinarnych czarach". Wybrał się do Ikei i sprawił mi ceramiczną formę do tarty i wyciskarkę do czosnku.  Taka forma jest w kuchni niezastąpiona ;)


Etykiety: czosnek, szpinak, tarta, tarta ze szpinakiem, zapiekanka 0 komentarze
« Nowsze posty Starsze posty »
Subskrybuj: Komentarze (Atom)

Warto zajrzeć

  • Zespół Aspergera
    Dorosły i daleko
  • Szulinkowo
    Kartofle, pyry, ziemniaki i grule.
  • MAFFASHION
    mix inspirations 25/05/15
  • Ania w kinie
    Dlaczego Wataha nie daje rady

Menu

  • ▼  2013 (8)
    • ▼  października (1)
      • Dżem z marchewki
    • ►  września (1)
      • Szarlotka
    • ►  sierpnia (2)
      • Placki po mojemu
      • Pieczarkowe love
    • ►  kwietnia (1)
      • Calzone XL
    • ►  lutego (3)
      • Rzecz o eksperymentach (część II)
      • Rzecz o eksperymentach (część I)
      • Babskie danie
  • ►  2012 (13)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (1)
    • ►  września (4)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)

Blog odwiedziło

Translate

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright (c) 2010 kulinarne czary Mary. Design by Template Lite
Download Blogger Templates And Directory Submission.